żołnierzy. Już słyszała stukanie końskich kopyt. Odruchowo okryła głowę chustą, jakby się bała, że złoty blask jej włosów mógłby na nią zwrócić uwagę jeźdźców. Kostur, który trzymała w dłoni, lekko drżał. »Mario Magdaleno, posłuchaj: co nadejdzie, musi się stać! Nie bój się, chcę za twoim pośrednictwem obudzić człowieka, który ma być pochodnią dla szukających. Nawet gdyby szorstkie kamienie do krwi ocierały ci nogi, kładź stopy na ich najostrzejsze krawędzie i nie zbaczaj.
chrześcijanko. Pod naszą opieką poczujesz się lepiej. Zabrzmiało to uprzejmie, ale w tle wyraźnie słychać było ironiczny ton. Kiedyś Maria Magdalena zapłonęłaby gniewem. »Nie wszystkim kobietom potrzebna jest ochrona mężczyzny, zwłaszcza gdy są już w podeszłym wieku i samodzielne. Moja ochrona i świta jest większa i potężniejsza od wojsk cesarza. Zejdź mi z drogi, Rzymianinie i pozwól przejść w spokoju. Na twarzy jeźdźca pojawiły się rumieńce gniewu. Jego urażona pycha
strachu, ale nikt z nich nie chciał po sobie niczego dać znać. W swych wnętrzach bronili się przed siłą owego ciśnienia, którego nie pojmowali, a pomimo tego wyraźnie odczuwali. Nad dowódcą oddziału zgromadziła się potężna siła promieniowania. Szaweł walczył jednak jak lew przeciwko przekonaniu swego ducha, który pragnął go obudzić. Bał się momentu, którego nie można było uniknąć i chciał oddalić go jak najbardziej było to tylko możliwe. Opanował go gniew, ponieważ czuł
sobie zabawami z szaloną chrześcijanką,« szeptali do siebie. Przeżycie ostatniej nocy było i dla nich niepojęte, ale wkrótce znaleźli słowa, którymi zagłuszyli ostrzegający i nieprzyjemny dla nich głos swoich duchów. Zmógł ich sen lenistwa ducha. Koło południa usłyszeli tętent końskich kopyt. Wszyscy pośpieszyli na swoje stanowiska. W małym oddziale szybko zapanował poprzedni ład i porządek. Surowa dyscyplina była dla rzymskiego wojska typowa. Na podwórze wjechali jeźdźcy,
nie chciała się ugiąć przed chłodną i spokojną obroną chrześcijanki. Ta kobieta wyraźnie go drażniła. Nie wiedział dlaczego, ale gdy wyczuwał cichą siłę towarzyszącą chrześcijanom, jego gwałtownego ducha zawsze zaczynała ogarniać niepohamowana wściekłość. Jakże często czuł, że przegrywa, gdy podczas gorliwego forsowania swojej wiary opanowała go wściekłość! I właśnie owo poczucie bezsilności połączone ze świecką władzą, którą dał jemu do ręki Rzym, doprowadzało do tego, że
całkiem wyczerpane. Ananiasz zaprowadził ją do niedalekiej jaskini, która przynajmniej ochraniała przed zimnym wiatrem. Przed nią roztaczał się zalany słońcem cudowny widok na wyżyny Antylibanu, które wznosiły się na tle nieskończonej dali i zachwycały swoim pięknem. Ale Maria Magdalena nie widziała już niczego. Pochyliła głowę, sucha gorączka wstrząsała nią coraz częściej na zmianę z zimnymi dreszczami. Pragnęła spokoju i czegoś chłodnego do picia. Po raz pierwszy po długim
widoczna była już tylko jedna postać — biało odziany mężczyzna z mieczem i błyszczącą bransoletą. Jego szatę zdobił obraz gołębicy, zaś z oczu biło złote światło. Wskazał ręką w górę i dźwięcznym, miękkim głosem rzekł: »Spotkamy się. Przed oczami Magdaleny błysnął świetlisty krąg i Promienny zniknął. Maria Magdalena zapadła w długi, wzmacniający sen. Ananiasz odszedł, aby sprowadzić pomoc. Jej przeznaczeniem było jednak zakończenie ziemskiej wędrówki w samotności, tak
i słuchali opowiadań o jej życiu. A gdy tak zdziwieni słuchali, zaskoczeni, że życie człowieka może się tak szybko zmienić, sami byli już w większej części na dobrej drodze ku temu, aby stali się z nich inni ludzie. Jeszcze o tym wszakże nie wiedzieli. Magdalena ze szczerą radością obserwowała, jak jej słowa zapuszczają w owych prostych ludziach korzenie. Tylko kilku z nich stało na uboczu z ironicznymi uśmieszkami spoglądając na innych. »Nudne chwile podczas straży skracają