Wokół Marii Magdaleny pojawiły się promienne, jasne twarze. Dobrzeje znała i lubiła, a jednak wydawały się jej tak dalekie i uświęcone. Wokół niej znów powiało wonią białych kwiatów pomarańczownika, co obudziło w niej wspomnienia o dalekim, gorącym kraju, gdzie w błyszczącym piasku u jej nóg bawiło się dziecko. Ileż było w tym obrazie ziemskiego szczęścia! Były to wspomnienia przepięknego okresu młodości. Później kwiaty ze złotych gałęzi opadły i nurt na swoim srebrnozielonym
punkcie świecił Krzyż. Z zalewających go fal światła dobiegało nieustannie jego imię. »Idź i pytaj o Szawła z Tarsu! Nie ukrywaj się, ale szukaj lwa w jego jaskini. Pan prostuje drogi, pamiętaj o tym i nie trać odwagi. Patrz, Szaweł się modli, albowiem widział cię w duchu, a Ja rzekłem jemu twoje imię. Szaweł jest Moim wybranym narzędziem mającym służyć nawracaniu ludzi na wiarę i chcę jemu pokazać, jak bardzo ma cierpieć z powodu Mojego imienia. Połóż na nim swoje dłonie,
grzbiecie zaniósł ją w złotej łodzi ku ziemi, na której leżała pięść ciemnej mocy. I znowu było z nią to jasne jak słońce dziecko. Potem łagodnie zaszumiał pustynny wiatr. Stała przed bramami białozłotego miasta. Nad nim płonęło Światło jaśniejsze od światła słonecznego, a z niego spoglądała biała twarz. »To ja, Is-ma-el, cię prowadzę!« rzekły usta. I Maria Magdalena ujrzała błyszczący szereg białych komnat, kołyszące się na wietrze palmowe ogrody i złote sale. Przed
rzymskich żołnierzy jechał dalej. Szaweł wraz ze swymi przyjaciółmi w otoczeniu rzymskich żołnierzy jechał dalej. Mały oddział, który pozostawił z chrześcijanką w warowni, miał udać się później za nimi. Zmęczeni i zniechęceni w milczeniu jechali dalej. Zachmurzony dowódca patrzył przed siebie i nie potrafił się zdecydować i przemówić do swych przewodników choć kilka słów. Napięcie zaczynało być widoczne i stawało się coraz większe i groźne. Mężczyzn powoli ogarniało poczucie
nią otwierały się przepiękne jaskinie, w których przebywali ogarnięci błogością ludzie. Było to siedem uświęconych jaskiń, każda w innym kolorze, zawsze jednak widziała w nich owe godne podziwu postacie z promiennymi twarzami, które wyrażały wewnętrzną dojrzałość. Wśród nich była tylko jedna kobieta. Otulona w szatę, najpromienniejsza i najczystsza, wyglądała jak kwiat, który właśnie się rozwinął. W siódmej jaskini płonęło białe, oślepiające światło. W tym białym blasku
samo, jak kiedyś samotnie rozpoczęła poszukiwanie Mnie Pana. Gorączka osłabła i bóle spowodowane złamanym żebrem zniknęły. Jej duch połączył się ze Światłem. Teraz nie była już samotna. Spłynęły ku niej jasne kobiety i wzmacniały potrawą ducha. Znowu płynęła ku niej siła czystości. Lecz owa siła nie docierała do niej bezpośrednio z jasnej Panny Irmingard jak wówczas, gdy Ja Jezus, Boże Światło, przebywałem jeszcze na Ziemi; tym razem Lilia płonąca białym światłem, płomienna
czasie jej samej potrzebne było pocieszające ludzkie słowo i pomocna dłoń. Swoje życie już długo poświęcała innym nigdy przy tym nie myśląc o sobie. Ale dlaczego Pan dopuścił do tego, że teraz jest tak słaba i już gaśnie? Gdzie popełniła błąd? To pytanie dręczyło jej ducha. Ananiasz urządził dla niej legowisko. Przygotował wszystko tak dobrze, jak tylko potrafił i obiecał, że wkrótce przyniesie jakieś jedzenie i wodę do picia. Chciał bowiem powrócić do Damaszku, aby sprowadzić
DO NIEGO WO??ANIE ZE ŚWIAT??A!. *Maria Magdalena widziała przy Abd-ru-shinie Nahome, której ziemską matką kiedyś była jako Aloe. GDY SZAWE?? dotarł do Damaszku, chrześcijanie już go oczekiwali, albowiem uczeń Ananiasz odebrał ze Światła przekaz o jego przyjeździe. albowiem uczeń Ananiasz odebrał ze Światła przekaz o jego przyjeździe. Pewnego razu duch Ananiasza opuścił swoje ciało. dotarł do Damaszku, chrześcijanie już go oczekiwali, albowiem uczeń Ananiasz odebrał